Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Literatura faktu. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Literatura faktu. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 7 października 2014

Wiesław Juszczak, „Poeta i mit” – Poeta i pragnienie


Książka profesora Wiesława Juszczaka łączy w sobie spojrzenie naukowca i fascynata, i do takich czytelników zdaje się adresowana. Podzielona na dwie części – zgodnie z sugestią zawartą w tytule – w obszarze zainteresowań stawia wpierw artystę, następnie zaś mit nieutożsamiany z mitologią. Nad wszystkim tym natomiast góruje gloryfikacja pierwotności, w której to znajdować się ma źródło poezji.

niedziela, 6 lipca 2014

Jonas Gardell, „Nigdy nie ocieraj łez bez rękawiczek. Miłość” – Odkryć, wlać litr patosu, upamiętnić


Polski czytelnik przyzwyczajony jest raczej do campowych, komiczno-tragicznych opowieści o ciotowskim PRL-u, niż do reporterskich sprawozdań z sytuacji osób nieheteronormatywnych w latach 70. i 80. dwudziestego wieku. W dodatku do sprawozdań tak mocno zaangażowanych, jak proponuje to Jonas Gardell w pierwszej części trylogii o AIDS i dyskryminacji. Jego Nigdy nie ocieraj łez bez rękawiczek. Miłość stanowi mieszankę literatury faktu z love story w amerykańskim stylu. Mieszanka to jednak nie wybuchowa, a tylko nastręczająca trudności – zwłaszcza nam, przyzwyczajonym do pisarstwa Michała Witkowskiego. Trudności te dotyczą odwiecznego problemu piszących o literaturze: jak mówić o książkach, które zawierają słuszne idee, ale pod wieloma względami dalekie są od doskonałości? Załóżmy, że warto mówić szczerze.

poniedziałek, 22 lipca 2013

Klementyna Suchanow, „Królowa Karaibów” – Jak działa ta rewolucja?


Wiele w książce Klementyny Suchanow wiąże się z misją. Pierwszą z nich – jak okazuje się w trakcie lektury, zepchniętą potem na tor boczny – realizuje sama autorka, wyruszając na Kubę w poszukiwaniu korespondencji Witolda Gombrowicza i Virgilia Piñery. Chociaż jest to zmarginalizowany wątek, wyraźnie ustępujący miejsca dwóm pozostałym, krótkie rozdziały wypełnione wędrówkami po ulicach Hawany i poznawaniem twarzy socjalistycznego kraju z bliska w pełni wystarczają, by połączyć przeszłość z teraźniejszością. To zaś konieczność, ponieważ na Kubie, mimo że z różnymi efektami, historia wciąż potrafi głośno o sobie przypomnieć.

poniedziałek, 10 czerwca 2013

Elisabeth Åsbrink, „W Lesie Wiedeńskim wciąż szumią drzewa” – Bez pęknięcia sprzeczności


Ingvar Kamprad, założyciel firmy IKEA, symbol światowej sławy przedsiębiorcy i duma Szwecji, stawiał pierwsze kroki przemysłowca u boku wieloletniego przyjaciela Ottona Ullmanna. Wcześniej, jako nastolatkowie, chłopcy byli nierozłączni. Pracowali i bawili się ramię w ramię pośród malowniczego krajobrazu Smalandii: czyścili oborę, doili krowy i przerzucali siano, nocą wypływali na jezioro lub jeździli rowerami na potańcówki. Otto przebywał u rodziny Ingvara zatrudniony jako parobek. Znalazł się tam, daleko od rodzinnej Austrii, uciekając przed Holocaustem. Ingvar uwielbiał Ottona i jednocześnie czynnie wspierał ideologię nazistowską. Jak można połączyć te dwa światy? W jaki sposób teoria i praktyka mogą być tak rozbieżne, wykluczające się nawzajem?

sobota, 20 kwietnia 2013

Mariusz Szczygieł, „Zrób sobie raj”


Polska jest krajem martyrologii. Uświęconego wizerunku Polaka walczącego i cierpiącego za ojczyznę oraz Matki Polki, która poświęca swoje życie wychowywaniu kolejnego pokolenia patriotów i także cierpi, uświęcona i odrealniona, choć w inny sposób niż mężczyźni. My, Polacy, wolimy jednoczyć się wokół nieszczęścia, chwilom poważnym i smutnym przypisujemy większą wagę niż momentom radosnym. Podobnie jak Węgrzy, lubimy się nad sobą użalać. Tyle w tym pierwiastka pozytywnego, że przynajmniej nie notuje się u nas tak wysokiego odsetka samobójstw, co w kraju Madziarów. Czechy są zupełnie inne. Tam nie siedzi w „jednym oku etos, a w drugim patos”. I dlatego pewna część Polaków do Czech tęskni, i Czechy mitologizuje.

piątek, 22 marca 2013

Virginia Woolf, „Własny pokój. Trzy gwinee”


Dwa zamieszczone tu eseje, uznawane za najważniejsze pisma publicystyczne Virginii Woolf, ukazały się kolejno w latach 1929 i 1938. Pierwszy z nich, Własny pokój, stanowi wnikliwe studium dotyczące pisarstwa kobiet na przestrzeni lat. Jest to tekst przełomowy z tego względu, że owych czasach – pomiędzy pierwszą a drugą falą feminizmu – krytyka patriarchalnego porządku nie istniała w formie, jaką zastosowała Woolf. Z kolei Trzy gwinee, zaangażowany protest przeciwko wojnie, rozszerza wcześniej poruszane wątki, pogłębia wcześniej wygłoszone oskarżenie. Zarówno jednak pierwszy, jak i drugi tekst, każą zanotować konkluzję: talent i ponadprzeciętna zdolność wyrażania myśli, tutaj uchwytna chyba nawet bardziej niż w prozie, czynią Woolf pisarką, przed którą chciałoby się chylić czoła.

sobota, 16 marca 2013

Peter Godwin, „Strach. Ostatnie dni Roberta Mugabe” – Polityka strachu


Zimbabwe, niegdyś jeden z najlepiej rozwiniętych krajów Afryki, w 2008 roku pokazuje, co to upadek, zniszczenie, przerażający paradoks. Liczba zatrudnionych sięga tu sześciu procent. Ludzie głodują, nie mają dostępu do szkół ani do szpitali. Waluta państwowa niemal zupełnie straciła wartość; jedna trzecia Zimbabwejczyków próbuje się ratować, opuszczając ojczyznę. Za tym wszystkim stoi jeden tylko człowiek, sprawujący władzę nieprzerwanie od 1980 roku Robert Gabriel Mugabe. Jego polityka opiera się na strachu.

Gdy w 2008 roku w Zimbabwe odbywają się wybory prezydenckie i parlamentarne, do kraju swojego dzieciństwa wraca Peter Godwin. Jak przyznaje, pragnie zatańczyć na politycznym grobie Roberta Mugabe: utraciwszy kontrolę nad sfałszowanymi wyborami, które dopiero co zorganizował, najdłużej na świecie panujący przywódca po dwudziestu ośmiu latach miał utracić władzę. Wydarzenia przybierają jednak inny obrót, niż można by się tego spodziewać. Do wiadomości podana zostaje informacja o konieczności przeprowadzenia drugiej tury. Ale co najważniejsze – okazuje się, że Mugabe wcale nie zamierza zsiadać z fotelu tyrana. Zamiast tego rozpoczyna kampanię opierającą się na zastraszaniu i torturach, nierzadko prowadzących do śmierci ofiar. Wyniszczony kraj ogarnia fala przemocy, którą nam, współczesnym Europejczykom, trudno sobie nawet wyobrazić.

Relację Godwina podzielić można na trzy poziomy. Przede wszystkim dziennikarz przemierza Zimbabwe, rozmawiając z tymi, którzy doświadczyli represji. Odwiedza nieliczne działające jeszcze kliniki, oddaje głos ludziom, których domy rozgrabiono, rodziny wymordowano, tym, którzy słyszeli chrzęst kości, gdy je im łamano. Jest ich wielu. Nie każdy z nich rzeczywiście głosował na MDC (Ruch na Rzecz Zmian Demokratycznych, opozycja), oprawcom to nie przeszkadza. To „fabryka tortur”: Tym właśnie jest to, co się tutaj dzieje – przemocą na skalę przemysłową. Godwin z pieczołowitością i poważaniem zapisuje historie Zimbabwejczyków. Niektórych z nich przewozi się na taczkach, bo nie mogą chodzić. Inni opowiadają o warunkach panujących w więzieniach, o tym, do czego byli zmuszani. Kobiety mówią o zbiorowych gwałtach: Brenda Meister nie może zapomnieć historii kobiety, która wyszła załatwić sprawunki z jednym z rocznych bliźniaków, a drugiego zostawiła z ojcem. Po powrocie zastała martwego męża na podłodze obok dziecka z obciętą głową. Zbiry Mugabego, które to zrobiły, chwyciły ją i zgwałciły przy ciałach (…).

To niewiarygodne, ale tym, co łączy bohaterów reportażu, jest odwaga, by dalej sprzeciwiać się dyktaturze. Wielu z nich trafia do więzień regularnie, z pełną świadomością, raz po raz przeżywając te same męki. Sam Godwin zresztą ryzykuje życie – uznano go kiedyś za wroga państwowego, oskarżono o szpiegostwo. Mimo to spotyka się z działaczami politycznymi, bierze udział w rozmowach dotyczących następnych kroków. To drugi poziom, jaki wyodrębnić można w książce, sfera polityki, dążenie do odratowania Zimbabwe. Tragizm sytuacji polega tu na izolacji międzynarodowej: jak gdyby świata nie obchodziła nasza walka o demokrację. Wszystko dlatego, że nie mamy ani kropli ropy do zaoferowania. Działania ONZ blokuje zaś dwoje zaufanych obrońców praw człowieka, Rosja i Chiny. Poza tym opozycja nie chce sięgnąć po broń, oficjalnie więc nie można mówić o wojnie domowej. Wojnę prowadzi tu tylko jedna ze stron.

Gdyby nie obraz okrucieństwa, jaki wyłania się z lektury, przerywniki dla świadectw tyranii takie jak opisy miejsc, do których Godwin wraca po latach, mogłyby urzekać. Bo oprócz dwóch najważniejszych aspektów, jest to też osobista opowieść człowieka mocno związanego z krajem pochodzenia. Dla Godwina spisywane relacje to nie tylko argument na to, że powszechnie gwałci się w Zimbabwe prawa człowieka. To przede wszystkim historie ludzi, każda z osobna, nad którymi należy się z szacunkiem pochylić. I warto, bo to ważna rzecz.

Wydawnictwo Czarne, 2013
Recenzja napisana dla portalu LubimyCzytać.

sobota, 19 stycznia 2013

Krzysztof Varga, „Gulasz z turula”


Zbiór esejów Gulasz z turula jest o tyle autentyczny, że Varga, będący w połowie Węgrem, obrał perspektywę dobrze znającego kraj Madziarów, ale jednak przybysza. Jego opowieść prowadzona jest z poziomu człowieka zafascynowanego niezmiennością Węgier i zarazem obserwatora bez wahania wskazującego na Węgrów traumy czy paradoksy. Porusza się więc Varga po obszarze tematycznym swobodnie, tak z dużą serdecznością, jak i krytycznie.

Tok myślowy w dużej mierze oscyluje tu wokół węgierskiego ducha, węgierskiego sposobu postrzegania. W nawiązaniu do schematu kojarzenia Węgrów z kuchnią, Varga przeznacza wiele miejsca na opisy potraw – leczo, faszerowana papryka, zapiekanka kartoflana – ale z wyliczanki tej wyłania się bezpośrednio istota madziarskości: frustracja, kompleksy, nieuleczalna, bolesna, pokręcona pamięć. Na pytanie, co łączy jedno z drugim, zaraz znajduje się odpowiedź: obżeranie się jest szczepionką na smutek. Węgrzy mają do czego wracać pamięcią, mają co rozpamiętywać. Przede wszystkim traktat w Trianon, tutaj widziany jako największe węgierskie nieszczęście, ale nie tylko to jedno. Varga podsuwa kolejne tropy potrzebne do zrozumienia węgierskiej mentalności, czasem nie do końca poważne, często zaś przyjemne w odbiorze.

Należałoby przeprowadzić fundamentalne badania dietetyczno-psychologiczne na temat wpływu węgierskiego sposobu odżywiania na narodowe i egzystencjalne nastroje. Mnie zawsze po obfitym budapeszteńskim posiłku ogarniają: melancholia, tęsknota, smutek i zniechęcenie. Krew z głowy spływa do żołądka, by pomóc w trawieniu, ociężałość cielesna brata się z przekonaniem, że wszystko sensowne już się w moim życiu zdarzyło (o ile zdarzyło się naprawdę, a nie było tylko złudzeniem) i nie czeka mnie już żaden wzlot, żadna radość, najmniejsze szczęście.

Według Gulaszu… dużo w narodzie węgierskim nostalgii, melancholii, rozgoryczenia i poczucia krzywdy. Słowo-klucz „Trianon” pojawia się w esejach kilkakrotnie, zaraz po nim wyodrębnić można drugie, „Mohacz”. Podkreśleniem dla istotności sprawy są momentami nachalne powroty Vargi do wcześniej poruszanych już wątków, tematyka klęsk i ich roztrząsania rozciąga się zresztą na całą książkę, otwiera ją też i zamyka. To zimny prysznic dla tych, którzy sądzą, że Polacy osiągnęli mistrzostwo w uprawianiu martyrologii. W tym starciu nie moglibyśmy równać się z Węgrami.

Gęsty nastrój przekłada się na opisy targów, sklepów ze starociami, piwiarni i knajp. Wizyty na przedmieściach, podróże starymi trolejbusami i tramwajami akcentują stałość niepoddających się globalizacji miejsc. Sam autor wyznaje: Staram się jak najczęściej jeździć budapesztańskimi tramwajami, osiągam w nich jakiś dziwny spokój, przestaję się spieszyć, staję się refleksyjny, tak, przyznam się: melancholijny. Wydawać by się mogło, że cały kraj pulsuje tu tęsknotami. Węgry widziane oczami Vargi są trochę zaklęte w czasie i przez to zaklęcie pociągające, ale i tragiczne: nie mogąc pozbyć się brzemienia marzeń o wielkości, budują swoją historię na smutkach i kompleksach.

Lektura esejów Vargi raczej nie nakłoni do natychmiastowego wyjazdu na ziemie węgierskie, chyba że pasjonatów. Mimo to zbiór stanowi interesujący i dobrze napisany przewodnik po meandrach madziarskiej tożsamości.

Wydawnictwo Czarne, 2008

piątek, 4 stycznia 2013

Mark Blake, „Pink Floyd – Prędzej świnie zaczną latać” – There is somebody out there


Mark Blake postawił sobie za cel opowiedzieć dzieje legendy muzyki rockowej. Historię rozpoczynającą się we wczesnych latach 60., kiedy to przybierający różne nazwy zalążek zespołu kształtował się, by następnie pod postacią The Pink Floyd grywać w podziemnym klubie dla naćpanych fanów psychodelii. Historię mającą swoje zakończenie niemal pół wieku później, po tym jak osiągnąwszy międzynarodowe uznanie, „wielka bestia” rozpadła się i w swoim trzecim, najdłużej działającym składzie, nie zostanie już nigdy wskrzeszona.

Ponad pięciusetstronicowe wydanie otwiera krótki rozdział poświęcony pamiętnemu Live 8 w 2005 roku. Występ połączył na jedną chwilę czterech muzyków po przerwie we wspólnym graniu trwającej dwadzieścia cztery lata. Owo rozwiązanie, by zaburzyć chronologię w przedstawianiu wydarzeń, powtarzane też wstawkami w późniejszych rozdziałach, służy rzuceniu światła na zespół w kontekście całego dorobku i we właściwy sposób spełnia swoje zadanie. W zapisie dotyczącym powstawania i funkcjonowania Floydów przewija się bowiem ogromna ilość szczegółowych informacji. Dobrze więc poznać ogólną charakterystykę przed zagłębieniem się w detale.

W pierwszym rozdziale zwraca uwagę swobodny, potoczny język, jakim posługuje się Blake. Forma mogąca sprzyjać zagłębieniu się w tekst, zdradza jednak nadto luźne podejście. Książka rozpoczyna się opinią podaną jako fakt: Kiedy było już niemal pewne, że muzyka rockowa dawno straciła moc wywoływania szumu, powrót Pink Floyd zelektryzował opinię publiczną (…). W tym samym rozdziale znajduje się kilka innych niefortunnych sformułowań, ale już Niekończące się lato, a więc przejście do początków historii, obiera kierunek obiektywnej pracy dokumentalnej. Blake wychodzi przy tym dalej niż tylko do samego zespołu i zarysowuje pochodzenie oraz młodość każdego z pięciu artystów.

Kontekst jest tutaj szeroki – oprócz życia rodzinnego członków Pink Floyd, ich przyjaciół i współpracowników powiązanych w poszczególnych relacjach czy wczesnych muzycznych preferencji, książka oddaje sytuację społeczną lat 60., a później 70. Środowisko beatników, wszechobecne narkotyki i koncerty w UFO, kiedy zespół miał dopiero mgliste marzenia o sławie, tworzą szczególną atmosferę tamtego okresu, w książce zaś funkcjonują jako jedne z najbardziej zajmujących fragmentów. Co warte wspomnienia, w dalszych rozdziałach Blake oszczędnie szkicuje powstającą w połowie lat 70. kontrkulturę punków. Dla Floydów – jak mogą domyślić się zaznajomieni z tematem – wiążą się z tym mniej lub bardziej zabawne sytuacje.

Wyraźnie wyodrębniony, i słusznie, zostaje wątek ikony psychodelicznego rocka, Syda Barretta. Opracowanie przedstawia go jako twórczego, wciąż szukającego nowych dróg dla ujścia idei i skrajnie indywidualistycznego buntownika, który w miarę upływu czasu coraz bardziej zatraca się w szaleństwie. Zebranego tekstu jest o nim wiele, a Blake nie stroni od podawania sprzecznych sobie informacji – wspomnienia różnych osób niekiedy się rozmijają. Gdy Barrett dosłownie i w przenośni schodzi ze sceny, środek ciężkości zostaje przełożony na inny punkt, a z książki wyłania się drugi muzyk o skomplikowanym charakterze, Roger Waters.

Dużo miejsca przeznaczono na pokazanie zmieniającej się sceny muzycznej i świata wytwórni. Od momentu wspomnienia o pierwszym wydawnictwie Floydów wypracowany zostaje wzór wedle którego następuje najpierw sprawozdanie z tworzenia albumu, krótki jego opis, następnie reakcja recenzentów, omówienie trasy koncertowej. Zarzuty postawić można jedynie wobec charakterystyki dokonań muzycznych, bowiem sprawiają one wrażenie napisanych naprędce, bez przygotowania i pogłębienia analizy, co w konsekwencji trywializuje dorobek Pink Floyd. Swoistymi przerywnikami w czytaniu o nierzadko ponurym, konfliktogennym zespole przy pracy są liczne anegdoty, dotyczące zarówno muzyków, jak i szerokiego grona ekipy z nimi związanej.

Można byłoby życzyć sobie bardziej funkcjonalnego rozdzielenia poszczególnych etapów działania zespołu. Zbity tekst zawarty w jedenastu rozdziałach nie ułatwia odszukania pożądanej informacji, zakres materiału jest bowiem ogromny. To jednak jedna z niewielu niedogodności przy lekturze – spisane tu dzieje Pink Floyd to historia dobra dla fanów i nie tylko.

Wydawnictwo Sine Qua Non, 2012
Recenzja napisana dla portalu LubimyCzytać.

sobota, 17 listopada 2012

Krzysztof Tomasik, „Gejerel. Mniejszości seksualne w PRL-u”


Pierwsza w Polsce publikacja w całości poświęcona społecznemu funkcjonowaniu mniejszości seksualnych w czasach Polski Ludowej stawia sobie za cel przybliżyć temat na nie najłatwiejszym do eksploatowania gruncie. Pamięć historyczna o PRL-u obciążona jest znaczeniem spraw wysokich, ważnych, skorelowanych z jednolitym ujmowaniem narodu. Oprócz mitologizacji tamtego okresu, przeszkodą jest znaczny wtedy heterocentryzm, ale też narracja oparta na podmiocie mężczyzny i homofobia. Historia homoseksualności zawsze będzie historią alternatywną, pisze we wstępie Tomasik, po czym dodaje, że w książce przypomina ludzi, sytuacje, tytuły, które w większości zostały zupełnie zapomniane.

Wspólnym mianownikiem dla opowiedzianych tu historii może stać się stwierdzenie, że geje i lesbijki w przestrzeni publicznej PRL-u prawie nie istnieli. Marginalizowani i wykluczani, uznawani niekiedy za swego rodzaju „straszak” albo w innych sytuacjach odpowiednik zdeprawowania, byli podręcznikowym przykładem Innego, lekceważonego, niewidzialnego. Przez długi czas nic w tym postrzeganiu się nie zmieniało – Polska nie miała Stonewall Inn, dzięki któremu nastąpiłaby rewolucja. Opracowanie nasuwa wniosek, że nie mogłaby mieć, czy to przez ówczesną polską mentalność, czy brak poczucia solidarności homoseksualistów.

Pierwsza z dziewięciu części książki, Nie zauważać i karać, odnosi się do traktowania mniejszości seksualnych przez władze. Choć wydźwięk kwestii nie jest jednoznaczny, daje się dostrzec zjawisko ignorancji, niewiedzy i absolutnej zamkniętości na sprawy tych obcych, regularnie powracające w późniejszych rozdziałach. Jako przełomowa, omówiona zostaje tu do dziś mglista akcja Hiacynt, podczas której założono jedenaście tysięcy „różowych teczek”. Zdarzenie to zdaje się mieć wymiar nie tylko symboliczny, ale fundamentalny dla sprawy osób nieheteroseksualnych. Paradoksalnie dla tak postanowionego założenia, w tekście więcej znaków zapytania i domniemywań, niż odpowiedzi.

Rozdział Homoseksualiści przed sądem zawiera bodaj najbardziej sugestywne fragmenty zbioru. W cytowanych reportażach z rozpraw sądowych, w których brali udział geje (homoseksualizm utożsamiany był wyłącznie z relacją męsko-męską) odnaleźć można znaczącą postawę: uznanie tej dewiacji za gorszą od morderstwa. Sugeruje to żona oskarżonego, ukontentowana po ogłoszeniu wyroku „czynu na podłożu skłonności homoseksualnych, a nie stosunków homoseksualnych”. W szpalerze przewijają się nazwiska takie jak Nasierowski, Gajda, Szymański. We wszystkich tych procesach homoseksualizm jeśli nie przesądzał sprawy, to przynajmniej nadawał jej jednoznaczności.

Następne dwa rozdziały traktują kolejno o książce i filmie. Ponownie wiele miejsca zostaje poświęcone Nasierowskiemu, pojawiają się Wajda, Polański i Majewski, ale też nieznani albo zapomniani twórcy. Istotny jest fakt, że chociaż wątki nieheteroseksualne miały miejsce tak w literaturze, jak i kinematografii, w większości przypadków oddano je w sposób ośmieszający, stereotypowy, wzbudzający politowanie albo agresję. Za szczytowe w tej dziedzinie osiągnięcie uznać należy Kroki Włodzimierza Sokorskiego, z której to książki Tomasik przytacza długie fragmenty.

Obrona przed zachodnią pornografią dotyczy omówień prasowych polskich i zagranicznych filmów. Uprzedzenia, obawa i odrzucanie tematu, czasem doprowadzone do absurdu, są tu szczególnie widoczne. Recenzenci nie tylko nie posługiwali się klarownymi terminami, woląc sugerować poprzez stosowanie mętnych opisów, albo ewentualnie zwrotów obraźliwych, ale z góry odrzucali filmy z zarysowaną tematyką homoseksualną, dezawuując ich wartość, nawołując do bojkotu. Na tle mnogości przykładów, jako fenomenem jawi się Inne spojrzenie z Grażyną Szapołowską i Jadwigą Jankowską-Cieślak w rolach głównych – krytycy głosili pochwałę.

W książce Tomasika nie zabrakło koronnych przykładów z kręgu problematyki AIDS – zaznaczone zostają próby organizacji środowisk nieheteroseksualnych, wybuch paniki oraz jej wyśmiewanie – i transseksualizmu, przy którym pokazuje on zarówno sytuacje tragiczne, jak i zupełnie pogodne. Krótki rozdział zatytułowany Czy istniały lesbijki? podnosi kwestię zachowań seksualnych między kobietami w środowiskach takich jak więzienie czy obóz (zwraca uwagę zwłaszcza relacja Barbary Skargi). Jednocześnie jednak fragmenty dotyczące miłości lesbijskiej zdają się nie wyczerpywać tematu.

Treści przywoływane w Gejerelu – reportaże, akta spraw sądowych, książki, pamiętniki, listy, omówienia prasowe, wypowiedzi polityków… – nierzadko wywołują skrajne uczucia, najczęściej negatywne. Ale to potrzebna wiedza i ważny element w historii. Książka spełnia swoje zadanie, rzetelnie obrazując spektrum mniej lub bardziej spychanych w kąt kwestii, i chociaż w kilku miejscach pozostawia uczucie niedosytu, zebrane w niej myśli warte są zastanowienia.

Wydawnictwo Krytyki Politycznej, 2012

niedziela, 28 października 2012

Agnieszka Graff, „Magma”


Agnieszka Graff zebrała w Magmie publikowane już wcześniej teksty (między innymi w Gazecie Wyborczej, na stronie Krytyki Politycznej) i chociaż od pojawienia się niektórych z nich minęły dobre cztery lata, trudno oprzeć się wrażeniu, że nie straciły one wiele ze swojej aktualności. Agnieszkę Graff zawsze warto czytać. I trzeba! (…), informuje z okładki Magdalena Środa, a ja z pełną świadomością faktu, że w typowy dla kobiet sposób podpieram się autorytetem – patrz artykuł: Wolę myć wannę, czyli kobiece kłopoty z sukcesem – przyznam rację i dodam, że czytać powinni wszyscy. Zwłaszcza nieobeznani z tematem, czy to nierówności, czy znienawidzonego feminizmu.

Niewielkiej objętości wydanie podzielone zostało na trzy części. Pierwszą z nich otwiera krótkie podsumowanie dwudziestu lat działalności feministycznej w Polsce (tak, tak, mocny wstęp dla laików, lecz przy tym napisany w tak błyskotliwy i ciekawy sposób, że naprawdę trudno książkę rzucić i uciec). Feminizm pokazany od środka, z dużą dawką humoru i odrobiną nostalgii, przykuwa do lektury, zaś trafne spostrzeżenia Graff bezbłędnie potrafią wskazać, co jest na rzeczy. Znajdują się tu bowiem zarówno analizy postaw hołubiących patriarchat – myślenie, które nie wykorzeniło się z Polaków od czasów PRL-u, jak i przykłady absurdów za tym idących. Między innymi słynna sprawa podpisów pod referendum w kwestii aborcji. Ta, w której milion Polaków zostało zignorowanych.

W Magmie znaleźć można wysyp problematyki godnej refleksji. Graff szczególnie interesująco pisze o właściwym dla narodu polskiego uwznioślaniu wizerunku kobiety, matki panów braci: czynieniu z niej uprzedmiotowioną świętość, utożsamianą z Polonią, kojarzoną z Matką Boską, obdarzoną naturalnym prawem do cierpienia. Jakże więc dyskryminacja wobec owej świętości? Wszakże „nasze kobiety” się chroni, a gwałci co najwyżej obce, najlepiej w ferworze wojny… Mowa jest również o przemilczeniach związanych z mniejszościami (etnicznymi, religijnymi, seksualnymi), unieważnianiu różnic, traktowaniu z przymrużeniem oka. Jaka nietolerancja? Polska jest krajem tolerancyjnym!

Graff wraca po linii historii do emancypantek – głosowanie kobiet w wyborach to fanaberia, ale niech już będzie ta nagroda za poświęcenie dla ojczyzny – i udowadnia, że polski feminizm nie jest wcale towarem importowanym, jak wielu chciałoby sądzić. Przywołuje też sakramentalne zdanie, znamienne dla perspektywy feministycznej: „Nie jestem feministką, ale…”. Czy rzeczywiście nie trzeba przywiązywać wagi do określeń? Być może, szczególnie jeśli owe nie-feministki, a także nie-feminiści, bo i oni wszakże działają, chcą tego samego: zmniejszenia dyskryminacji, równych płac dla kobiet i mężczyzn (różnica dla tych samych stanowisk wynosi około 30%), równych szans w polityce, zaprzestania pokracznego tańca niby-dam i niby-rycerzy, oscylacji między uwzniośleniem i lekceważeniem kobiet.

Wspomniane na początku Wolę myć wannę, czyli kobiece kłopoty z sukcesem wyróżnia się ze zbioru pod kątem psychologicznego charakteru. Graff zaczyna od opisania nagminnego zjawiska, jakim jest korzystanie kobiet w rozmowach z tzw. tag questions: Isn’t it?, Don’t you?, Rozumiesz?, Prawda?. To szukanie akceptacji u rozmówcy wiąże się oczywiście z rolą podporządkowaną, niestety jednak owa podległość wcale nie kończy się na polu lingwistycznym. Za pomocą przytoczenia kilku eksperymentów z psychologii społecznej unaocznione zostaje tu kobiecy lęk przed sukcesem. Dane oraz przykłady, jakimi operuje Graff, doskonale potrafią przemówić do wyobraźni.

Czym natomiast jest magma? O tym dowiedzieć się można z lektury tekstu poświęconego wpływowi Kościoła Katolickiego na kształtowanie prawa i mentalności. Nie jest tajemnicą, że Kościół – choć konstytucja zapewnia o wzajemnej niezależności i autonomii między państwem a związkami wyznaniowymi – stanowi najwyższy autorytet dla wielu Polaków, również w sferze seksualności i rozrodczości (bo jakim prawem miałby się na tym nie znać?). Nie ma znaczenia, że powszechnie wiadomo i że dyskursy prowadzi się w niemal niezmienionej formie – teksty Agnieszki Graff czyta się świetnie. Nawet te, których materia maglowana była już wielokrotnie.

Wydawnictwo Krytyki Politycznej, 2010