sobota, 19 stycznia 2013

Krzysztof Varga, „Gulasz z turula”


Zbiór esejów Gulasz z turula jest o tyle autentyczny, że Varga, będący w połowie Węgrem, obrał perspektywę dobrze znającego kraj Madziarów, ale jednak przybysza. Jego opowieść prowadzona jest z poziomu człowieka zafascynowanego niezmiennością Węgier i zarazem obserwatora bez wahania wskazującego na Węgrów traumy czy paradoksy. Porusza się więc Varga po obszarze tematycznym swobodnie, tak z dużą serdecznością, jak i krytycznie.

Tok myślowy w dużej mierze oscyluje tu wokół węgierskiego ducha, węgierskiego sposobu postrzegania. W nawiązaniu do schematu kojarzenia Węgrów z kuchnią, Varga przeznacza wiele miejsca na opisy potraw – leczo, faszerowana papryka, zapiekanka kartoflana – ale z wyliczanki tej wyłania się bezpośrednio istota madziarskości: frustracja, kompleksy, nieuleczalna, bolesna, pokręcona pamięć. Na pytanie, co łączy jedno z drugim, zaraz znajduje się odpowiedź: obżeranie się jest szczepionką na smutek. Węgrzy mają do czego wracać pamięcią, mają co rozpamiętywać. Przede wszystkim traktat w Trianon, tutaj widziany jako największe węgierskie nieszczęście, ale nie tylko to jedno. Varga podsuwa kolejne tropy potrzebne do zrozumienia węgierskiej mentalności, czasem nie do końca poważne, często zaś przyjemne w odbiorze.

Należałoby przeprowadzić fundamentalne badania dietetyczno-psychologiczne na temat wpływu węgierskiego sposobu odżywiania na narodowe i egzystencjalne nastroje. Mnie zawsze po obfitym budapeszteńskim posiłku ogarniają: melancholia, tęsknota, smutek i zniechęcenie. Krew z głowy spływa do żołądka, by pomóc w trawieniu, ociężałość cielesna brata się z przekonaniem, że wszystko sensowne już się w moim życiu zdarzyło (o ile zdarzyło się naprawdę, a nie było tylko złudzeniem) i nie czeka mnie już żaden wzlot, żadna radość, najmniejsze szczęście.

Według Gulaszu… dużo w narodzie węgierskim nostalgii, melancholii, rozgoryczenia i poczucia krzywdy. Słowo-klucz „Trianon” pojawia się w esejach kilkakrotnie, zaraz po nim wyodrębnić można drugie, „Mohacz”. Podkreśleniem dla istotności sprawy są momentami nachalne powroty Vargi do wcześniej poruszanych już wątków, tematyka klęsk i ich roztrząsania rozciąga się zresztą na całą książkę, otwiera ją też i zamyka. To zimny prysznic dla tych, którzy sądzą, że Polacy osiągnęli mistrzostwo w uprawianiu martyrologii. W tym starciu nie moglibyśmy równać się z Węgrami.

Gęsty nastrój przekłada się na opisy targów, sklepów ze starociami, piwiarni i knajp. Wizyty na przedmieściach, podróże starymi trolejbusami i tramwajami akcentują stałość niepoddających się globalizacji miejsc. Sam autor wyznaje: Staram się jak najczęściej jeździć budapesztańskimi tramwajami, osiągam w nich jakiś dziwny spokój, przestaję się spieszyć, staję się refleksyjny, tak, przyznam się: melancholijny. Wydawać by się mogło, że cały kraj pulsuje tu tęsknotami. Węgry widziane oczami Vargi są trochę zaklęte w czasie i przez to zaklęcie pociągające, ale i tragiczne: nie mogąc pozbyć się brzemienia marzeń o wielkości, budują swoją historię na smutkach i kompleksach.

Lektura esejów Vargi raczej nie nakłoni do natychmiastowego wyjazdu na ziemie węgierskie, chyba że pasjonatów. Mimo to zbiór stanowi interesujący i dobrze napisany przewodnik po meandrach madziarskiej tożsamości.

Wydawnictwo Czarne, 2008

wtorek, 15 stycznia 2013

J.K. Rowling, „Trafny wybór”


Przemoc psychiczna i fizyczna, gwałty, kazirodztwo, prześladowanie na tle etnicznym, narkomania, samookaleczanie, ogromna nienawiść, pogarda i uprzedzenia. J.K. Rowling wykonała odważny krok, publikując powieść tematycznie znajdującą się na drugim biegunie w stosunku do swoich dotychczasowych dokonań. Trafny wybór bowiem to książka na wskroś realistyczna, sięgająca głęboko pod wierzchnią warstwę spokojnej, niewyróżniającej się społeczności. Ale panorama społeczeństwa pokazana została tu nie tylko wnikliwie i szczegółowo. Zalet ma powieść o wiele więcej.

Pagford jest prowincjonalnym, zadbanym miasteczkiem zamieszkanym w większości przez dobrze znających się obywateli. Już to jedno zdanie ma szansę nakierować na właściwy trop w uchwyceniu, o czym traktuje książka. Wywodzący się z klasy średniej mieszkańcy Pagford charakteryzują się cechami właściwymi dla mikrospołeczności, hermetycznej grupy zorientowanej głównie do wewnątrz. Niewykonalnym wydaje się uciec tu od plotek, każda soczyście brzmiąca wiadomość skwapliwie przekazywana jest dalej. Tak też dzieje się z informacją o śmierci Barry’ego Fairbrothera. Barry, przykładny mąż i ojciec, tryskający pomysłami członek rady gminy i trener grupy wioślarek, był jednym z najbardziej rozpoznawalnych osobistości Pagford. Kochany przez jednych, a nienawidzony przez drugich, naraz staje się najważniejszym tematem rozmów i pożywką dla skoncentrowanych na sobie nawzajem, złaknionych sensacji znajomych.

Zastanawiające wydaje się, jak wiele wymiarów ma plotka w użyciu pagfordczyków. Miles i Samantha, małżeństwo towarzyszące Barry’emu w ostatnich chwilach życia, dzwonią do teściów o wpół do siódmej następnego ranka po incydencie: Samantha zauważyła, ze druga wersja Milesa uwypukliła to, co można by nazwać bardziej komercyjnym aspektem historii. Samantha wcale nie dziwiła się mężowi. Ich rekompensatą za to okropne przeżycie było prawo do opowiedzenia o nim ludziom. Rowling doskonale pokazała mechanizmy rządzące działaniami mieszkańców, uwydatniła reakcje na doniesienia o śmierci. Dostrzec w nich można zarówno autentyczną udrękę, jak i ekscytację, poczucie triumfu, radość czy litość związaną z faktem, że nieszczęście mogło przytrafić się każdemu. Ten bogaty wachlarz odczuć i zachowań przeniesiony zostaje na dalszy ciąg opowieści. Im dalej zaś, tym coraz ciekawiej.

Z odejściem Barry’ego wiąże się napędzający fabułę motyw – wolne miejsce w radzie gminy, miejsce niemal dosłownie rozdzierające Pagford na pół. Do wyborów przystąpić zamierzają kandydaci z dwóch obozów: kultywujący politykę Fairbrothera, a więc jego przyjaciele i działacze społeczni, oraz opowiadający się bardziej po prawej stronie przeciwnicy z tak zwaną „starą gwardią” na czele. Nie znajdzie się tu jednak prostego rozróżnienia na czarne i białe. Dla większości z mieszkańców idee, za którymi podążają, są odległe, nie wywołują emocji, nie popychają do czynów. Pod pozorem szczytnych celów nierzadko kryją się pobudki osobiste, wybory dyktowane sympatiami i antypatiami, dążenia do władzy dla własnych korzyści. Polityczne przepychanki, ambicje i cele poszczególnych zainteresowanych są mocnym punktem powieści, oddanym wprawną pisarską ręką. Rowling obdarzyła każdego pagfordczyka unikalną osobowością, nakreśliła korelacje między bohaterami na przestrzeni lat, a też odsłoniła wszystko to, co oni sami chcieliby, by pozostało zakryte. Są tu więc zarówno sekrety małżeńskiego i pozamałżeńskiego pożycia, jak i machlojki mogące zainteresować służby mundurowe. W związku ze specyfiką małomiasteczkowej społeczności, wyjście na jaw jednej z tajemnic musi powodować dotkliwe konsekwencje. Kiedy nieposzlakowana opinia zostaje zbrukana, Rowling kolejny raz daje popis w obrazowaniu zachowań mieszkańców.

W społeczeństwie Pagford wyraźnie wyodrębnia się młodsze pokolenie, pozornie zdominowane, lecz jak się prędko okazuje, mające równie wiele do powiedzenia – a być może nawet więcej – co dorośli. Młodzież ta jest swoistym zaprzeczeniem małostkowości, hipokryzji, obłudy i mniej lub bardziej zręcznego poruszania się w sferze konwenansów. Ale już nie głupoty, niesprawiedliwości czy egoizmu. W istocie bowiem, choć pod wieloma względami przewyższają oni rodziców, nie mogliby funkcjonować w świecie znanym z Harry’ego Pottera. Zbuntowani i gniewni, niestroniący od narkotyków, tworzą własną filozofię moralności, kradną, nienawidzą, uciekają się do prześladowań, wykluczają. Wydaje się jednak, że to właśnie im Rowling kibicuje, dzieciakom ze średniej klasy i underclass, zagubionym, ale wciąż próbującym walczyć, odpychanym, a poszukującym zrozumienia. W ich przypadku łatwo zauważyć podłoże niezdrowych zachowań – przede wszystkim patologiczne domy, niemożliwość nawiązania właściwych relacji międzypokoleniowych, przykład płynący z góry – które z kolei u dorosłych zostało ledwie zasygnalizowane. Przejmujący ma wydźwięk oszczędnie sformułowany fragment dotyczący odczuć Andrew, chłopca, którego ojciec furiat od lat maltretuje rodzinę: Po raz pierwszy w życiu jego litość dla Ruth [matki] zabarwiła się frustracją przeradzającą się w złość. Nie powinno być nadinterpretacją stwierdzenie, że to sugestia błędnego koła.

Można by dyskutować, czy autorka dokonała przełomu, czy wnioski płynące z lektury nie powinny być nam już znane. Nie mam natomiast wątpliwości, że sposób, w jaki zdemaskowała ona zamknięte niemal środowisko, mentalność małomiasteczkowych obywateli, jak opisała nasycenie wszystkich negatywnych, chorobliwych elementów, zasługuje na uznanie. Rowling w znakomitym stylu udowodniła, że jest umiejętną pisarką i obserwatorką, tworzącą przemyślanie, inteligentne historie.

Wydawnictwo Znak, 2012

środa, 9 stycznia 2013

Edmund White, „Zuch”


Wydany po raz pierwszy w 1982 roku, w dużej mierze autobiograficzny Zuch Edmunda White’a wzbudził poruszenie zarówno wśród czytelników, jak i krytyki literackiej. Przetarłszy szlaki dla powieści o coming oucie, pozostaje on dziś ważnym przykładem prozy mówiącej o dojrzewaniu nieheteroseksualnego chłopca w trudnych warunkach normalizującego społeczeństwa. Osadzony w realiach połowy XX wieku Zuch skupia się jednak głównie na intymnej, zwróconej do wewnątrz narracji, zaś kontekst rzeczywistości społecznej zawęża – mówi niemalże, że jaka ona jest, to widać, a istotniejszym zdaje się pokazać to, co dzieje się z samymi opresjonowanymi.

Bezimienny narrator otwiera powieść opisem wydarzeń z czasów, kiedy miał lat piętnaście i świadom był już swojej inności. Obrazy przez niego tworzone charakteryzuje duża plastyczność, odwoływanie się do wrażliwości, choć czasem też zbyt nachalna i wymuszona jakby poetyckość. On sam jest chłopcem o niebywałych pokładach romantyzmu – introwertyczny, wyobcowany przez samotność i nad wyraz rozwinięty intelektualnie, odczuwa swoją odmienność na wielu płaszczyznach. Na obrzeżach tej samotności i wyalienowania występują jednak dosadnie charakteryzowane inne postaci. Chłopak wychowuje się w rodzinie rozbitej, w roku szkolnym mieszkając z matką i starszą siostrą, a w okresie wakacyjnym dotrzymując towarzystwa ojcu oraz macosze. Relacje z krewnymi stanowią rozległy motyw powieści, wielokrotnie poruszany, jakby w nawiązaniu do teorii o źródle homoseksualizmu w niezdrowych stosunkach w wieku najmłodszym.

Powiązania z rodziną poddane zostają wnikliwej, wielowymiarowej analizie. Ojciec, kochany despota, metodycznie oddany pracy i uosabiający powściągliwą męskość, zdaje się oczekiwać od syna cech charakteru przystających archetypowemu mężczyźnie. Nie mogąc znaleźć ich w zaczytującym się Proustem i Balzakiem synu, przerzuca swoją miłość na córkę. Ta, dostrzegająca w młodszym bracie oznaki zniewieścienia, okrutnie wyśmiewa go przy każdej sposobności. Niewiele pomaga matka: impulsywna, szaleńczo szukająca nowego partnera, widzi w synu głównie przyjaciółkę. Do owej konfiguracji charakterów przyłączają się nowi bohaterowie, wchodząc kolejno na scenę, lecz nigdy nie przyćmiewając najważniejszego, zagubionego w świecie narratora.

Wydaje się, że gdyby mógł, bohater wybrałby sny zamiast jawy. Nie tyle przez spotykające go upokorzenia, co wygórowane oczekiwania i niepewności, głównie w kontekście własnej tożsamości seksualnej: niekiedy podważanej, świadomie spychanej na dalszy plan, lecz ze zdwojoną siłą dającej o sobie znać przy kontaktach z mężczyznami.
Chciałem pokochać mężczyznę i być heterykiem; im dłużej mógłbym zwlekać z rozwiązaniem tej antynomii, tym lepiej. Chłopiec więc doskonale pokazuje rozdarcie między tym, co należałoby, a tym, czego pożąda i potrzebuje. W poszukiwaniu wybawienia sięga on po buddyzm oraz psychoterapię, wykorzystuje wszelkie możliwe sposoby, by sprostać oczekiwaniom większości.

Marzycielski i oczytany, pragnie też dochowywać wierności tworzonym przez siebie ideałom. Ale wyniesione z książek wyobrażenia częstokroć rozmijają się z rzeczywistością, życie go rozczarowuje: Byłem w ponurym nastroju, obiad mnie rozzłościł. Z jakiegoś powodu (…) sądziłem, że ludzie powinni całkiem inaczej ze sobą rozmawiać, zupełnie inaczej jeść. Ta lekko kreślona kontestacja porządku, który wcale nie wydaje się właściwy – i mająca swoje apogeum w końcowej fazie lektury – jest znamienna dla rozważań bohatera, nakierowuje też na poziom wyobraźni. Kiedy bowiem do głosu dochodzą marzenia i tęsknoty, chłopak nie jest już dziwnie gestykulującym lalusiem, workiem treningowym dla siostry, a dla matki mądrym i miłym towarzyszem. Staje się on wartościowym mężczyzną, mogącym uciec gdzieś daleko, wieść szczęśliwe życie na równi z „normalnymi”.

Wrażenie, że chłopiec stoi na pozycji „innego”, odsuniętego od świata, potęguje struktura powieści, akcentująca przeżycia wewnętrzne i sytuacje, które rozgrywają się jedynie w umyśle bohatera. Rzeczywistość jest bowiem dla niego mało realna, jest sceną pociętą światłami, którą obserwują w skupieniu wymyśleni obserwatorzy. W tym sensie dojrzewanie chłopca, na jakim wszak zasadza się fabuła powieści, staje się tu spektaklem odgrywanym przed sobą samym. O pewnej dozie nieprawdziwości, niewiernym prawdzie odtworzeniu wydarzeń albo ich pokolorowaniu, świadczyć mogą również fragmenty dotyczące pisarstwa i literatury.

Zucha można nazwać fascynującym zapisem dorastania w poczuciu lęku i alienacji, świadectwem niemożności pogodzenia się ze swoją seksualnością. Byłoby to jednak uproszczeniem – proza ta dostarcza większej ilości wątków, porusza więcej tematów, niż mogłoby się wydać na pierwszy rzut oka.

Biuro Literackie, 2012

piątek, 4 stycznia 2013

Mark Blake, „Pink Floyd – Prędzej świnie zaczną latać” – There is somebody out there


Mark Blake postawił sobie za cel opowiedzieć dzieje legendy muzyki rockowej. Historię rozpoczynającą się we wczesnych latach 60., kiedy to przybierający różne nazwy zalążek zespołu kształtował się, by następnie pod postacią The Pink Floyd grywać w podziemnym klubie dla naćpanych fanów psychodelii. Historię mającą swoje zakończenie niemal pół wieku później, po tym jak osiągnąwszy międzynarodowe uznanie, „wielka bestia” rozpadła się i w swoim trzecim, najdłużej działającym składzie, nie zostanie już nigdy wskrzeszona.

Ponad pięciusetstronicowe wydanie otwiera krótki rozdział poświęcony pamiętnemu Live 8 w 2005 roku. Występ połączył na jedną chwilę czterech muzyków po przerwie we wspólnym graniu trwającej dwadzieścia cztery lata. Owo rozwiązanie, by zaburzyć chronologię w przedstawianiu wydarzeń, powtarzane też wstawkami w późniejszych rozdziałach, służy rzuceniu światła na zespół w kontekście całego dorobku i we właściwy sposób spełnia swoje zadanie. W zapisie dotyczącym powstawania i funkcjonowania Floydów przewija się bowiem ogromna ilość szczegółowych informacji. Dobrze więc poznać ogólną charakterystykę przed zagłębieniem się w detale.

W pierwszym rozdziale zwraca uwagę swobodny, potoczny język, jakim posługuje się Blake. Forma mogąca sprzyjać zagłębieniu się w tekst, zdradza jednak nadto luźne podejście. Książka rozpoczyna się opinią podaną jako fakt: Kiedy było już niemal pewne, że muzyka rockowa dawno straciła moc wywoływania szumu, powrót Pink Floyd zelektryzował opinię publiczną (…). W tym samym rozdziale znajduje się kilka innych niefortunnych sformułowań, ale już Niekończące się lato, a więc przejście do początków historii, obiera kierunek obiektywnej pracy dokumentalnej. Blake wychodzi przy tym dalej niż tylko do samego zespołu i zarysowuje pochodzenie oraz młodość każdego z pięciu artystów.

Kontekst jest tutaj szeroki – oprócz życia rodzinnego członków Pink Floyd, ich przyjaciół i współpracowników powiązanych w poszczególnych relacjach czy wczesnych muzycznych preferencji, książka oddaje sytuację społeczną lat 60., a później 70. Środowisko beatników, wszechobecne narkotyki i koncerty w UFO, kiedy zespół miał dopiero mgliste marzenia o sławie, tworzą szczególną atmosferę tamtego okresu, w książce zaś funkcjonują jako jedne z najbardziej zajmujących fragmentów. Co warte wspomnienia, w dalszych rozdziałach Blake oszczędnie szkicuje powstającą w połowie lat 70. kontrkulturę punków. Dla Floydów – jak mogą domyślić się zaznajomieni z tematem – wiążą się z tym mniej lub bardziej zabawne sytuacje.

Wyraźnie wyodrębniony, i słusznie, zostaje wątek ikony psychodelicznego rocka, Syda Barretta. Opracowanie przedstawia go jako twórczego, wciąż szukającego nowych dróg dla ujścia idei i skrajnie indywidualistycznego buntownika, który w miarę upływu czasu coraz bardziej zatraca się w szaleństwie. Zebranego tekstu jest o nim wiele, a Blake nie stroni od podawania sprzecznych sobie informacji – wspomnienia różnych osób niekiedy się rozmijają. Gdy Barrett dosłownie i w przenośni schodzi ze sceny, środek ciężkości zostaje przełożony na inny punkt, a z książki wyłania się drugi muzyk o skomplikowanym charakterze, Roger Waters.

Dużo miejsca przeznaczono na pokazanie zmieniającej się sceny muzycznej i świata wytwórni. Od momentu wspomnienia o pierwszym wydawnictwie Floydów wypracowany zostaje wzór wedle którego następuje najpierw sprawozdanie z tworzenia albumu, krótki jego opis, następnie reakcja recenzentów, omówienie trasy koncertowej. Zarzuty postawić można jedynie wobec charakterystyki dokonań muzycznych, bowiem sprawiają one wrażenie napisanych naprędce, bez przygotowania i pogłębienia analizy, co w konsekwencji trywializuje dorobek Pink Floyd. Swoistymi przerywnikami w czytaniu o nierzadko ponurym, konfliktogennym zespole przy pracy są liczne anegdoty, dotyczące zarówno muzyków, jak i szerokiego grona ekipy z nimi związanej.

Można byłoby życzyć sobie bardziej funkcjonalnego rozdzielenia poszczególnych etapów działania zespołu. Zbity tekst zawarty w jedenastu rozdziałach nie ułatwia odszukania pożądanej informacji, zakres materiału jest bowiem ogromny. To jednak jedna z niewielu niedogodności przy lekturze – spisane tu dzieje Pink Floyd to historia dobra dla fanów i nie tylko.

Wydawnictwo Sine Qua Non, 2012
Recenzja napisana dla portalu LubimyCzytać.

środa, 2 stycznia 2013

Smutek blogerów (por. Lévi-Strauss)


Punktem wyjścia dla niniejszej notatki jest bardzo antropologiczna obserwacja odnosząca się do wyodrębnionych przez samozwańczego badacza działań społecznych mających miejsce na blogach książkowych. Jeśli brzmi to źle, to dobrze, teksty pseudonaukowe tak brzmią. Drugim punktem wyjścia jest fakt, że dyktafon, który został przeze mnie zamówiony nieopatrznie z Hongkongu jeszcze nie dotarł. Ponieważ bez dyktafonu z Hongkongu nie mogę przeprowadzić poważniejszego badania, pozostaje mi pobawić się tymi niepoważnymi.

czwartek, 27 grudnia 2012

Roland Topor, „Chimeryczny lokator”


Na przełomie drugiego i trzeciego kwartału 2012 roku wydawnictwo Replika wznowiło dwie głośne powieści mistrza makabreski i czarnego humoru. Roland Topor, znany też za sprawą surrealistycznych, naładowanych turpizmem grafik, opowiada w Chimerycznym lokatorze prostą na pozór historię. Oto młody urzędnik nazwiskiem Trelkovsky, pchany groźbą eksmisji, zmuszony jest poszukać nowego mieszkania. Okazja nadarza się szybko, formalności zostają dopełnione. Teraz wystarczy tylko nie wychylać się i żyć w zgodzie z pozostałymi lokatorami kamienicy.

Akcja dzieje się w ubiegłym wieku na długo przed nastaniem ery informatycznej. Wynajem lokum za niewygórowaną cenę Trelkovsky poczytuje za uśmiech losu i tym samym skłonny jest sprostać wszystkim wymaganiom, jakie się nań nakłada. Ułożony, niemający rodziny ani zwierząt, potrafiący natomiast porzucić godność na rzecz uniżoności, uosabiać mógłby kwintesencję lokatora idealnego. Prędko jednak okazuje się, że to wciąż zbyt mało. Roszczeniowi, represyjni sąsiedzi stają się punktem odniesienia dla wszystkich jego poczynań, zajmując najwyższe miejsce w hierarchii wartości.

Topor kreśli obraz drobnomieszczaństwa paryskiego przy użyciu groteski i absurdu. Wskazuje dosadnie przywary, nie stroni od akcentowania brzydoty, społecznego rozkładu. Sąsiedzi, zdający się pałać do siebie wzajemną nienawiścią, doszukują się każdej najbłahszej oznaki występku, najmniejszego hałasu urągającemu wizerunkowi kamienicy porządnych obywateli. Za główny cel zaś biorą sobie nowego lokatora. W sytuacji, w jakiej znalazł się Trelkovsky, odszukać można krytykę konformizmu dla sztywnych ram obyczajowych, wszechogarniającej produkcji normatywnych zachowań, wtłaczających jednostki w jedyny słuszny model postępowania. W tym sensie jest to proza anarchistyczna, stawiająca sobie za cel pokazanie walki ze społecznym jarzmem.

Zarazem trudno byłoby nazwać lekturę poważną czy moralizatorską. Topor przy każdej sposobności korzysta z palety środków: kpi, wyszydza, trywializuje. Nie zna przy tym tabu, jego obśmiewanie jest więc rozciągnięte do granic dobrego smaku. Jednak mimo głęboko akcentowanego turpizmu, książkę czyta się z przyjemnością. Obserwowanie kolejnych nieprawdopodobnych wydarzeń zanurzonych w atmosferze dusznej, rodem z Procesu Kafki, pozwala wsiąknąć w opowieść i postawić się na miejscu głównego bohatera – trochę nijakiego, podporządkowanego normom everymana.

Gdzieś na boku od głównego toru fabularnego pojawiają się wątki egzystencjalne, dotyczące śmierci, ale też szukania własnej tożsamości. Wplątany w domniemaną intrygę, Trelkovsky w pewnym momencie zauważa, że sam nie wie, kim jest: Postać jego przybladła, powoli wymazywana przez sąsiadów. (…) Co było nim, tylko nim? Co różniło go od innych? (…) Na próżno się zastanawiał, nie wiedział. Sposób, w jaki przeżywa on rzeczywistość, narastające poczucie zagrożenia i obcości, każą zastanowić się, czy istotnie wszyscy są Marsjanami, czy może to ułomność Trelkovsky’ego.

Chimeryczny lokator mimo swoich niewielkich rozmiarów wywołuje gamę emocji, od rozbawienia, po niepokój czy wstręt. Nie są to odczucia zupełnie oderwane od kontekstu realności. Znaczenia można bowiem odczytać na różne sposoby, a sedno dopasować również do czasów współczesnych.

Wydawnictwo Replika, 2012

poniedziałek, 24 grudnia 2012

David Mitchell, „Atlas chmur” – Gra na emocjach


O Atlasie chmur, pierwotnie opublikowanym w Polsce w 2006 roku przez wydawnictwo Bellona, zaczęto mówić w związku z tegoroczną hollywoodzką superprodukcją rodzeństwa Wachowskich oraz Toma Tykwera. Reżyserzy podjęli się ambitnego zadania, by zaadaptować na ekran kinowy książkę uważaną przez wielu za niemożliwą do zekranizowania. Premiera filmu stała się wydarzeniem, a wokół Atlasu… narósł ogromny szum medialny. Zasadniczym pytaniem wydaje się, czy ów rozgłos współmierny jest do jakości powieści, czy może zadziałały siły podobne do tych, których świadkiem był Timothy Cavendish, wydając fikcyjne wspomnienia Dermota Hogginsa.

Atlas chmur skrojony został z sześciu opowieści rozgrywających się w różnych czasach i miejscach – od wieku XIX, poprzez lata międzywojenne i współczesność, a na odległej przyszłości kończąc – lecz powiązanych ze sobą. Sprzężenie widoczne jest już w wierzchniej warstwie interpretacyjnej, bowiem pod względem konstrukcyjnym książka przywodzi na myśl rosyjskie matrioszki. Tworzy to prostą sekwencję, w której nośnik wcześniejszej historii (zapiski, książka, film) pojawia się w następnej. To jednak nie jedyny łącznik dla wątków – w powieści pobrzmiewają hasła dotyczące reinkarnacji oraz nieprzypadkowości wydarzeń.

Wydawać by się mogło, że tak banalne motywy filozoficzne, konstruujące zresztą szkielet książki, wpłyną nań niekorzystnie. Być może sam Mitchell wziął temat pod rozwagę, ponieważ z ust jednego z bardziej ironicznych bohaterów, wspomnianego już Cavendisha, dobywa się refleksja odnośnie do wcześniejszej „matrioszki”: (…) jakby od czasów Arystotelesa do Andrew Droida-Webbera czegoś jeszcze nie było setki tysięcy razy! Jakby w Sztuce chodziło o Co, a nie o Jak!. Gdy podążyć zaproponowanym przez Cavendisha tropem, książce Mitchella rzeczywiście przyznać trzeba niezaprzeczalną jakość. „Jak” wysuwa się tu bowiem na plan pierwszy.

Każda z sześciu opowieści odznacza się innym rodzajem narracji. Pamiętnik z XIX wieku stylizowany jest skrupulatnie na mowę ówczesnej arystokracji, z wyraźnym wyodrębnieniem właściwych dla owych czasów postaw i zapatrywań. Kolejna historia, po części będąca melodramatem gejowskim, to powieść epistolarna. Następnie pojawia się thriller, po nim zaś okraszone czarnym humorem wspomnienia pewnego epizodu z życia starego mężczyzny, aż w końcu futurystyczna dystopia przedstawiona w formie wywiadu. Ostatnim ogniwem łańcucha jest pierwszoosobowa opowieść nad trunkiem i jadłem. To owa żonglerka konwencjami, w której Mitchell daje prawdziwy popis literackim możliwości, czyni książkę interesującą.

Warto wrócić jednak do poziomu merytorycznego i zastanowić się nad poruszaną tu problematyką. Patrząc na poszczególne kwestie, można wysnuć tezę, że jakość treści w Altasie… rośnie wprost proporcjonalnie do zawężania się perspektywy. Tak oto ogólny zamysł reinkarnacji, sam w sobie cokolwiek naiwny, a nadto zepsuty łopatologicznie przedstawionym „kluczem” w postaci znamienia na ciele kolejnych wcieleń, wypada blado. Drugą ważną rolę odgrywa tu krytyka nienasyconego nigdy dążenia do władzy i zdobywania pieniądza, rozciągnięta na wszystkie historie, w ostatnich przybierając też formę krytyki konsumpcjonizmu.

W serwowanych przez Atlas… zrębach ideologicznych trudno dopatrywać się nowatorstwa. Nie pretendują do miana odkrywczych fragmenty o ludzkich ambicjach czy zależności między niewiedzą, strachem, nienawiścią a przemocą. Jakkolwiek nie ubierać tego w słowa, są to treści oczywiste, od czasu do czasu powtarzane w utworach biorących na warsztat kondycję społeczeństw. Gdy jednak przyjrzeć się historiom bliżej i wyodrębnić detale, często odnajduje się perełki. Siłą książki są właśnie szczegóły, jej sedno tkwi w ukazywaniu emocji jednostek postawionych przed koniecznością dokonywania wyborów.

Nie podzielam opinii mówiącej o tym, że Atlas chmur należy nazywać arcydziełem. W stylistycznej uczcie znajduję momenty słabsze, trochę banałów, puste treściowo miejsca, mogące świadczyć o zamyśle sztuki dla sztuki. Obok nich natomiast funkcjonują fragmenty ważne i zapadające w pamięć. Dla nich warto po książkę sięgnąć.

Wydawnictwo Mag, 2012
Recenzja napisana dla portalu LubimyCzytać.

czwartek, 13 grudnia 2012

James Baldwin, „Inny kraj”


James Baldwin, amerykański pisarz, działacz Civil Rights Movement i aktywista antyrasistowski, tworzył umownie nazywaną literaturę gejowską jeszcze przed zamieszkami w Stonewall. Jego najbardziej znane dzieła to Mój Giovanni, Inny kraj i Powiedz mi, jak dawno odszedł pociąg. Proza ta dotyka problematyki nierówności społecznych, rasizmu i homofobii, właściwych dla czasów, w których żył, ale też kwestii uniwersalnych, zasadzających się na pierwiastku emocjonalnym.

Rzecz dzieje się pod koniec lat 50. ubiegłego wieku, głównie w murzyńskich dzielnicach Nowego Jorku. Na przestrzeni trzech wydzielonych części sportretowana zostaje grupa przyjaciół związana z artystyczną bohemą muzyków oraz pisarzy. Początkowo linia fabularna koncentruje się na upadku czarnoskórego perkusisty Rufusa, niemogącego poradzić sobie ze społeczną rzeczywistością przesiąkniętą uprzedzeniem i niechęcią, co prowadzi go do podejmowania działań destrukcyjnych. W dalszej części lektury wyodrębnione zostają kolejne postaci: siostra Rufusa, jego były kochanek Eryk, małżonkowie Cass i Ryszard, Vivaldo. Wszyscy oni charakteryzowani są w obrębie podobnych ram narracyjnych, wydobywających samotność, odizolowanie i próby poszukiwania szczęścia. Środkami wyrazu pogłębiającymi opis jest przede wszystkim mocno zaznaczona nostalgia.

Narracja Baldwina ma charakter nostalgiczny w kilku aspektach. Jest ona zwrócona ku przeszłości, akcentuje przemijalność, zwłaszcza w odniesieniu do bliskich: (…) znali na wskroś tych ludzi od bardzo dawna, z lat, które dziś mogłyby uchodzić za poprzednie wcielenie – rozpoczyna się akapit poświęcony bywalcom parku. Jest coś przerażającego w widoku starych przyjaciół, starych kochanek, co to nie wiedzieć czemu zeszły na psy. Można by sądzić, że toczył ich jakiś szczególny rodzaj raka, który w obecnej chwili toczy zapewne nas samych. Ta próba uchwycenia dawnych czasów, momentów z przeszłości, i skonfrontowaniu ich ze stanem obecnym, to stały motyw książki, nadający jej wyraźnej atmosfery melancholii.

W krytycznym spojrzeniu na teraźniejszość kryje się jednak ponad wszystko tęsknota do lepszego, chęć wyzwolenia, ucieczki – do jakiegoś innego kraju, gdzie nie ma byle jakich drani, a człowieka traktuje się po ludzku. To niespełnione pragnienie Rufusa – choć nie tylko jego – przemieszane z żalem, poczuciem niesprawiedliwości i bezsilności, a w konsekwencji ogromną nienawiścią do białych. Nie ma znaczenia, że Rufus przyjaźni się z Vivaldem, zamieszkującym Nowy Jork Irlandczykiem. Mimo że przyjaciel z całych sił stara się być dla niego wsparciem, sam jeden nie jest w stanie polepszyć trudnej sytuacji Murzyna, nie potrafi przebić się przez mur, który Rufus wokół siebie zbudował.

Baldwinowi za medium dla pokazania społecznego ucisku wobec grup nieuprzywilejowanych służą szczególnie sceny, w których czarno-białe pary, a niekiedy też pary homoseksualne, wychodzą na widok publiczny. Za każdym razem pokazanie się innym ludziom jednoznaczne jest tu z poddaniem się miażdżącej ocenie. Nieżyczliwi obserwatorzy gapią się obcesowo jak gdyby zamiast czarno-białej pary mieli przed sobą budę licytacyjną czy zarodową stadninę koni. Baldwin powtarza opisy wrogich spojrzeń, wrogich emocji, przy kolejnych sytuacjach tylko nieznacznie zmieniając ich wydźwięk. (…) spacer podnosił tumany męskiej i kobiecej wrogości, smagającej twarz niby niesiony wiatrem pył uliczny, a Ida przyjmowała obelżywe hołdy z nie mniej obelżywą dumą.

Powieść w znacznej części porusza zagadnienie dyskryminacji, jednak jej głównym obszarem tematycznym są relacje międzyludzkie. Bohaterowie, uwikłani nie tyle w same namiętności, co sieci powiązań osadzone w danym kontekście, poszukują akceptacji i miłości, nie potrafiąc zdobyć się na kochanie. Opis ich zmagań jest całościowy, niejednoznaczny, nie dający jasnych odpowiedzi. Często oni sami ich nie znają, błądząc pośród mrzonek i niesprecyzowanych celów. Kobiety u Baldwina zdają się być przy tym silniejsze, bardziej świadome od mężczyzn. W wątku Leony i Rufusa dochodzi do odwrócenia proporcji; ofiara radzi sobie z sytuacją, chce pomocy dla oprawcy, ten zaś upada coraz niżej, niszcząc zarówno ją jak i siebie. Inna kobieta, Cass, w trakcie rozmowy powołuje się na męską narrację: (…) wszystko wygląda tak, jak wymyślili mężczyźni, cały świat jest waszym wymysłem. Mąż natomiast nie rozumie jej, zbywa spostrzeżenie zarzutem, że Cass zazdrości im męskości.

Inny kraj jest książką, którą rozpatrywać można na wielu poziomach. Począwszy od portretu czasów, jako odarty ze złudzeń, naturalistyczny obraz Ameryki pozbawiającej nadziei i perspektyw. Następnie jako opowieść o inności, wyobcowaniu, przepaściach między ludźmi, tworzonymi albo poprzez mechanizmy społeczne, albo ich samych. W znacznym stopniu to również dociekliwe wnikanie w tematykę miłości, ale miłości zupełnie pozbawionej cech bajkowych. Niezależnie pod jakim kątem się na nią spojrzy, to jedna z tych powieści, które pozostawiają po sobie ślady.

Wydawnictwo Muza, 1998


wtorek, 4 grudnia 2012

Mira Grant, „Przegląd Końca Świata: Feed” – Nowa era informacji


Pierwsza część trylogii Newsflesh wbrew pozorom nie traktuje o zombie, to nie wstający z grobów zmarli stanowią w niej element centralny. Mira Grant naniosła na swoją powieść zainteresowanie horrorem w wykonaniu George’a Romero, bynajmniej jednak nie zamykając Feeda w ciasnej szufladzie stylistyki gore. Akcenty rozłożone zostały według zasad thrillera politycznego – gdyby odsączyć książkę z żywych trupów i włożyć na ich miejsce inną wariację na temat wirusa, układ sił pozostać by mógł w niezmienionym kształcie. Grant sięga więc po klasykę, ale nie w formie ściągi mającej zagwarantować sukces. Feed daleki jest od kalkowania filmowych hitów.

Rok 2014 przyniósł światu zmiany znacznie rozleglejsze niż to, co dotąd przyjmowało się za wyznaczniki nowej epoki. Tym razem należało przedefiniować bodaj każdą sferę życia, tak samo jednostkowego, co zbiorowego. Zanim jednak nastąpiła refleksja, zanim zebrano fakty i wyciągnięto z nich wnioski, utrzymywało się jedynie pandemonium. Wirus rozprzestrzeniał się w zastraszającym tempie, ludzie zaś wcale nie skorzy byli wierzyć w pogłoski na temat makabrycznej zarazy. W dużej mierze winę za to ponosili dziennikarze – informacja zamiast pójść w obieg, tkwiła, nomen omen, w martwym punkcie. Pewna grupa społeczna wzięła jednak sprawy w swoje ręce. Ludzie ci, narażając własne życie, a często ginąc w imię prawdy, udowodnili światu, że nowa sytuacja nie ma nic wspólnego z żartami.

Dwie dekady później rodzeństwo Georgia i Shaun Masonowie przejmują pałeczkę poprzedników z czasów Powstania. Narracja pisana z perspektywy racjonalnej, oddanej sprawie Georgii bez trudu pozwala wsiąknąć w realia odmienionej rzeczywistości. Jest to tym łatwiejsze, że Grant swoją wizję oddała w sposób tak samo przemyślany, jak wiarygodny i pełny. Niemała ilość informacji przewija się na kartach książki, poczynając od kwestii należących do skali marko, jak choćby funkcjonowania służb specjalnych, a skończywszy na detalach, na przykład wielkiej popularności nadawania dzieciom różnych wariantów imienia George.

Operowanie ową wyjaśniającą narracją ma też drugą stronę medalu. Ciągłe dookreślanie kontekstów wraz z przedstawianiem mało zajmujących wydarzeń skutkują bowiem nadmiernym rozwleczeniem akcji właściwej. Swój udział ma tutaj sposób prowadzenia opowieści – Grant nadała głównej bohaterce manierę skrupulatnego tłumaczenia nie tylko rzeczy ważnych, ale też możliwych do pominięcia, nierzadko przy użyciu rozciągających monologi opozycji: Normalne soczewki mają za zadanie skorygować wadę wzroku osoby, która je nosi. Z moim wzrokiem wszystko w porządku, pomijając kłopoty ze światłem, na które mogą pomóc soczewki. Niestety, podczas gdy klasyczne zwiększają pole widzenia, te blokują większość mojego (…).

Powieść mozolnie nabiera rozpędu, bardziej skupiając się na samym konstruowaniu linii fabularnej niż wywoływaniu skoków adrenaliny. Kiedy jednak intryga zaczyna się zawiązywać, a wydarzenia zyskują prędkość, potrafi przykuć uwagę na dłużej. Uwydatniają się charaktery postaci, łączące je zamiłowanie do rozpowszechniania prawdy bez względu na koszty. Nie brak też emocji i sytuacji dramatycznych. Momenty te znakomicie spełniają swoją rolę – potęgują ciekawość i trzymają w napięciu aż do wydarzeń kulminacyjnych, co istotne, niebędących jedynie wstępem do trylogii, a satysfakcjonującym zakończeniem tomu pierwszego. Połączenie wszystkich tych składników daje książkę nierówną, ale na pewno nie głupią.

Wydawnictwo Sine Qua Non, 2012
Recenzja napisana dla portalu LubimyCzytać.